wspomnień czar.
jestem z kimś, z kim pragnę spędzać każdą chwilę.
z kimś, komu chcę się dzielić wszystkim.
z kimś, komu oddaję całą siebie.
z kimś, z kim widzę siebie w przyszłości.
z kimś, kto jest pogmatwany tak jak ja.
z kimś, kogo kocham, pragnę, lubię, toleruję.
z kimś, kto jest kompletnym przeciwieństwem mojego idealnego księcia z bajki.
i jestem szczęśliwa. (pomimo wszystko)
i cieszę się każdą chwilą z nim, nawet tą najgorszą.
i śmieję się z siebie, jak to kiedyś sądziłam, że z moją "pierwszą, drugą,
czy trzecią" miłością spędzę resztę życia (bo jestem zakochana, bo nikogo
innego nie chcę i takie tam podobne).
i dziwię się sobie, że kocham teraz kogoś jeszcze bardziej.
i dziwię się, że przy nim wszystko jest inaczej.
czuję przy nim więcej, moje serce bije szybciej, a on zajmuje w mojej główce
coraz więcej miejsca.
i zastanawiam się, czy będzie "tym czwartym", czy może jednak
"tym jedynym".
chcę go kochać każdego dnia coraz bardziej, kochać się z nim każdego wieczoru,
mieć z nim dzieci, które będą pogmatwane tak, jak my, kłócić się z nim, a potem
godzić, chcę z nim robić wszystko.
bo dopiero przy nim czuję się naprawdę bezpieczna.
czy znalazłam swoją drugą połówkę jabłuszka?
nienawidzę tego.
czego?
tego, gdy wszystko się nagle wali.
rozpada, rozpieprza, wręcz rozpierdala.
brzydkie słowo, wiem.
ale inaczej nie da się tego opisać.
czuję się jak Syzyf próbujący wpieprzyć ten cholerny kamień na szczyt góry.
wszystko, co robię, jest właśnie na takim szczycie.
w domu źle.
na uczelni nie najlepiej.
ze zdrowiem kiepsko.
na każdej płaszczyźnie pieprzony kamień jest coraz cięższy i coraz trudniej dostać się na szczyt.
samotny, wkurzony, rozpłakany Syzyf ze mnie.
coraz ciężej szukać mi sił na walkę ze wszystkim.
bo kurczę pieczone, nic nie jest okej.
nic się nie udaje.
oj, przepraszam!
wszystko udaje się powoli pieprzyć!
nutka optymizmu, która zawsze we mnie była, powoli roztapia się.
moje cholerne serce najzwyczajniej w świecie zamarza.
umieram, pozostając żywą.
ja pierdzielę. nienawidzę, gdy nie mogę na tym cholernym blogu, wpisać niczego pozytywnego.
jak kuźwa mam nadal wierzyć w to, że życie jest piękne.
nie umiem sama siebie okłamywać.
wszystko jest głupie!
głupie, głupie, głupie!
jak rozdarty but!
zabiegana, zalatana, zapracowana, na walizkach.
można by rzec, że to chwilowo związek na odległość.
Hel, Kołobrzeg, wieś.
spotykamy się, gdzie się da.
nie narzekam, bo lubię podróże.
narzekam, bo pan R. daje mi nieźle popalić.
tak skomplikowanej istoty chyba nigdy jeszcze nie poznałam.
tak poplątanej, trudnej do zrozumienia i rozgryzienia.
waham się nad decyzją: Serce czy Rozum.
waham się, czy próbować dalej rozwiązywać tę Łamigłówkę.
tak naprawdę nie mogę dużo narzekać.
jestem szczęśliwa, uśmiechnięta, wakacyjna.
jestem kogoś najważniejszą osobą w życiu.
i jak czytam notkę po raz kolejny to zastanawiam się, czy On też teraz nie nazywa mnie 'trudną zagadką'.
słonko świeci,
lato trwa,
cieszyć się trzeba, z tego, co się ma.
francji nie zależało.
mi przestało w końcu też zależeć.
bolesne rozstanie przez telefon.
głównie z powodu nowego uczucia.
tak to jest, kiedy na siłę szuka się miłości.
pojawia się wtedy ta prawdziwa.
i wszystko chrzani.
Zmiany, zmiany, zmiany.
na przykład zakochałam się w przyjacielu.
albo inaczej... przyjaciel zakochał się we mnie i rozkochał mnie w sobie.
wiele pięknych chwil, wielka miłość, początek kolejnej bajki o nieprzewidywalnym zakończeniu.
niespodziewane to było. bardzo niespodziewane.
szalone, romantyczne, spontaniczne.
w końcu miałam możliwość zabawy z marynarskim mundurem.
jak to się mówi: za mundurem panny sznurem!
oj, prawdziwe to powiedzonko, prawdziwe.
mój własny, prywatny marynarz.
słodki, gruboskórny, romantyczny, wredny, kochany, chamski, troskliwy, zimny jak lód.
i ja. mała, szara myszka, szalona, infantylna.
z obawy przed uczuciem podświadomie, chociaż nie planowo, usiłuję wszystko zepsuć.
ale nie chcę. więc w garść się biorę.
i kochać znów spróbuję - tak prawdziwie.
czytając mogłoby się wydawać, że rzucam uczuciami na prawo i lewo.
na fb wystarczyłoby napisać: to skomplikowane.
bo tak jest.
i ja taka jestem.
i szczęśliwa.
chociaż czasem przez łzy.
poza tym jestem marudna, bo na diecie.
na lato trzeba pięknym być!
wieczorem wisiałam ponad godzinę na telefonie z Francją.
francuskie życie Pana P. rozkwita.
za tydzień zaczyna pracę.
super! oczywiście, że życzę mu jak najlepiej.
ale cóż, na rychły powrót to ja nie mam, co liczyć.
w sumie... to jego strata.
tyle, ile dam radę, tyle poczekam.
ale już widzę, że czas jego pobytu tam, wydłuży się.
i to znacznie.
ech!
znów trzeba przypomnieć sobie, że historyjki miłosne rzadko mają piękne zakończenia.
po prawie dwóch tygodniach leniuchowania, czas na powrót do pracy.
wiosna dodaje mi energii.
chcę się uśmiechać i pomimo zmęczenia mam mnóstwo sił.
cudnie!
a na mojej ścianie wisi mój książę z ciemnej bajki!
ach! te niedobre chłopaki.
to się nazywa udany prezent urodzinowy.
przepełniona energią i adhd, cieszę się na powrót wiosny.
skomentuj (1)