cudownie w ustach ukochanego brzmią słowa 'jesteś dla mnie
idealna',
cudownie brzmi najbardziej błahy komplement,
gorzej jednak brzmią zarzuty, których nigdy bym się nie spodziewała.
jestem kobietą, focham się, mam wahania nastroju, płaczę czasem, krzyczę, mówię
za dużo.
chyba, jak każda kobieta, przynajmniej tak mi się wydaje.
nie spodziewałam się, że mój płacz kiedykolwiek odebrany będzie jako szantaż,
że to, że jestem szczera i mówię ukochanemu coś złego o przyjaciołach
(bo w
końcu wiem o nich wszystko), będzie odebrane jako fałszywa przyjaźń,
że pomyśli kiedykolwiek, że jego zdanie
nie ma dla mnie znaczenia.
i że nadal będzie wypominał mi błędy, popełnione kiedy nie byłam pewna jego i
naszego związku.
nie umiem zrozumieć, dlaczego potrafi powiedzieć, że jestem jego ideałem,
a potem nagle zarzucać mi tyle złych cech, że czuję się bezwartościowa.
mam niską samoocenę, jego komentarze zwykle odbieram z dystansem
(te dobre, bo złe trafiają do mnie od razu),
jak mam w te dobre wierzyć, jeżeli tyle gorzkich słów usłyszałam?
marzę przy nim o białej sukni, chociaż ślub nigdy nie miał dla mnie znaczenia,
obiecałam mu, że dziecko kiedyś będziemy mieć, chociaż mój instynkt
macierzyński wynosi 0,
staram się wpasować w jego wyobrażenie, że jestem ideałem.
a tu nagle okazuje się, że on jest dającym z siebie wszystko w związku, a ja
biorącą łapczywie wszystko.
zranił mnie, ale to ja muszę przepraszać za to, że zraniłam jego.
czasami zastanawiam się, czy naprawdę trudny charakter jest wytłumaczeniem tego
wszystkiego.
majówka przeminęła mi w łóżku, z nogą w gipsie.
jestem ciamajdą, ofermą, niesamowitą.
albo mam cholernego pecha.
jak zwał tak, zwał.
czuję się beznadziejne, smutno i źle.
mam mężczyznę, któremu zaczynam bać się okazywać emocje,
bo może okazać się, że to szantaż.
jestem zagubiona, w myślach, w czynach.
boję się, że wszystko, co włożyłam w ten związek, po prostu przepadnie.
Boże, daj mi siłę.
jak tak
patrzę na archiwum z boczku
to
zastanawiam się, gdzie podziały się 2009 i 2010 rok.
czyżby
działo się tyle, że czasu nawet na jedną notkę na kwartał nie było?
co to było?
matura to
bzdura w końcu.
poszła, jak
poszła. tak jak leniowi pójść mogła.
(noo...
trochę lepiej, bo całkiem mądry ze mnie leń).
burzliwe
rozstanie z wielką, licealną miłością.
(oj.
naprawdę burzliwe. rozstania i powroty. jak w telenoweli).
nowe studia.
oczywiście nie dostałam się nigdzie, tam gdzie chciałam.
wylądowałam
tam, gdzie się nigdy nikt (ani ja) nie spodziewał.
i mi się
spodobało. (och! co za szczęście).
nauka,
sesja, nauka, sesja, wakacje, praca.
zleciało tak
szybko, że zostały tylko flash backi, jak po udanej imprezie.
potem
nieudany prezent na dzień dziecka.
wymarzone
rolki, niewykryte złamanie ręki, operacja, powikłania pooperacyjne,
zawalone
studia, choroby, urlop dziekański.
i oto jestem
ja.
zmieniony
kierunek, zmieniona ja.
a
najśmieszniejsze jest to, że wszędzie był pan R.
w każdym
miesiącu gdzieś tam się pojawiał.
starał się,
pisał, był.
nie doceniałam
go.
aż do
pamiętnego balu, gdzie wszystko stało się jasne.
pieprzone
love story.
czekam na
happy end, bo inaczej to rozerwę ten pieprzony los
i to głupie
przeznaczenie, które nas do siebie doprowadziło na strzępy.
oj, bardzo
malutkie strzępy.
a to
dlatego, że przez myśli przeszła mi biała sukienka i te inne ceregiele.
i to tylko i
wyłącznie z tym oto typem.
niedobry,
nieznośnym, kochanym panem R.
aż nie mogę
doczekać się jutra.
zastanawiam się, czy bycie 'innym' w dzisiejszych czasach to moda.
nie może podobać się to, co podoba się masie.
trzeba skrytykować to, co ma wysokie oceny.
'jestem inny, krytyczny, mam swój świat i swoje kredki, więc jestem zajebisty.'
zaczyna mnie to lekko irytować.
zawsze wydawało mi się, że pomimo kilku wpadek, mogę powiedzieć,
że mam całkiem
dobry gust filmowy.
(pomijając oczywiście głupie komedie i horrory odmóżdżacze)
oglądam więc film, podoba mi się, oceniam na 8. a tu nagle stos komentarzy jaka
to chała.
i to chyba tylko dlatego, że ktoś, gdzieś, w wielkim świecie porównał go
do
znienawidzonego przez 'zajebistych' Zmierzchu.
gdzie ja kurka żyję, że z własnym zdaniem to lepiej się schować, bo nikt Cię
nie będzie lubił.
jestem szczęśliwa, chociaż chora, chociaż mój chłopak daleko odbiega od
mojego ideału.
nie żeby nie był przystojny, inteligentny, zaradny.
co to, to nie. te akurat podstawowe cechy idealnego posiada owy mężczyzna.
ale ani romantyczny, ani słodki, ani wrażliwy to on nie jest.
(no w odpowiednich chwilach potrafi wykazać się lekką czułością i powiewa
wyrozumiałością)
jest za to wredny, chamski, chociaż z poczuciem humoru,
to raczej w łeb mu by
się chciało za te żarty dać.
do tego jest tak bezpośredni, że raczej lubić się go da tylko czasem.
a ja go kocham i nie wiem, co na to poradzić.
mimo zwiększającego się stażu naszego bycia razem,
coraz bardziej go chcę,
coraz bardziej go pragnę.
chociaż nie wiem, jakim byłby okropnym dupkiem, wybaczę mu wszystko.
a on wystarczy, że będzie znosił moje okropne, babskie marudzenie.
jest wiosna. początek. jest pięknie.
są sukienki, jest słońce.
czego więcej trzeba by nastawić się pozytywnie?
uśmiechnij się do mnie!
skomentuj (0)
nowy kierunek, nowi znajomi, nowa ja.
nowe podejście do życia, nowy stosunek do ludzi.
nowa sytuacja w domu.
nowe wszystko.
(nawiasem mówiąc: ufff! jestem na IV semestrze!)
wciąż infantylna ja staram się udawać, że nie jestem dorosła.
odpowiedzialna, w umiarkowanym stopniu, lecz nie dorosła.
nie chcę. pomimo tego, że za 5 dni skończę 22 lata.
przerażają mnie rozmowy z Panem R. o wyjeździe do innego miasta.
(gdyby miał służyć na drugim końcu Polski)
przeraża mnie spóźniający się okres.
przerażają mnie poważne rozmowy.
przeraża mnie wybieranie imion dla dziecka. nawet gdy to żarty.
przeraża mnie zastanawianie się nad mieszkaniem.
(i tym jak je umeblować)
przeraża mnie fakt, że za około rok wyprowadzę się z rodzinnego domu.
(pomimo lekko zimnych kontaktów z rodzicami)
wszystko mnie przeraża, przerasta.
lubię studiować, lubię się śmiać, lubię uciekać od problemów.
lubię się wygłupiać, lubię żartować, lubię się bawić.
lubię spacerować, oglądać kreskówki, grać w gry.
lubię swoje 2 zawiązane kitki i to, gdy ludzie zastanawiają się, czy jestem pełnoletnia.
lecz nienawidzę takich dni, jak dziś.
gdy mózg nie pozwala mi przestać myśleć, analizować.
a serce motywuje oczka do łez.
nie lubię być szczęśliwa i marudzić.
marudne ja, cieszy się ze słońca przebijającego się przez chmury.
wspomnień czar.
jestem z kimś, z kim pragnę spędzać każdą chwilę.
z kimś, komu chcę się dzielić wszystkim.
z kimś, komu oddaję całą siebie.
z kimś, z kim widzę siebie w przyszłości.
z kimś, kto jest pogmatwany tak jak ja.
z kimś, kogo kocham, pragnę, lubię, toleruję.
z kimś, kto jest kompletnym przeciwieństwem mojego idealnego księcia z bajki.
i jestem szczęśliwa. (pomimo wszystko)
i cieszę się każdą chwilą z nim, nawet tą najgorszą.
i śmieję się z siebie, jak to kiedyś sądziłam, że z moją "pierwszą, drugą,
czy trzecią" miłością spędzę resztę życia (bo jestem zakochana, bo nikogo
innego nie chcę i takie tam podobne).
i dziwię się sobie, że kocham teraz kogoś jeszcze bardziej.
i dziwię się, że przy nim wszystko jest inaczej.
czuję przy nim więcej, moje serce bije szybciej, a on zajmuje w mojej główce
coraz więcej miejsca.
i zastanawiam się, czy będzie "tym czwartym", czy może jednak
"tym jedynym".
chcę go kochać każdego dnia coraz bardziej, kochać się z nim każdego wieczoru,
mieć z nim dzieci, które będą pogmatwane tak, jak my, kłócić się z nim, a potem
godzić, chcę z nim robić wszystko.
bo dopiero przy nim czuję się naprawdę bezpieczna.
czy znalazłam swoją drugą połówkę jabłuszka?